ispy para iphone 6 Plus sms spion iphone 4s spy app für iphone 4s kindersicherung internet kindersicherung für schränke handy orten verloren o2 computer temperatur überwachen chip link spionage iphone spy software ios 7 handy einmalig kindersicherung pc microsoft spionage android app spy location pc überwachung polizei
Syndrom zuchmistrzyni Drukuj

Imagepwd. Joanna Kacprzycka

Jestem zuchmistrzynią i zaczęłam ostatnio zauważać u siebie coś, co nazywam „syndromem zuchmistrzyni”. Zanim odpowiem na pytanie czym on jest, to najpierw powiem słów kilka o samym byciu zuchmistrzynią. Otóż specyfika tego poziomu metodycznego polega na kilku istotnych elementach, jakże różnych od innych poziomów metodycznych.

Po pierwsze – czas. W przeciwieństwie do instruktorek harcerskich i wędrowniczych zuchmistrzynie mają zbiórki co tydzień. Co tydzień musi być ona na tyle wspaniała, niezwykła i pracochłonna żeby zuchenki przyszły na koleją. To niełatwe. Można się przy tym szybko wypalić.

ImagePo drugie – problemy. Zuchy mają czasem tak nierealne dla nas problemy, że momentami aż nawet nie chce nam się tego słuchać. Mam tu na myśli płacz z okazji zgubionego ulubionego długopisu, teksty w stylu „druhno, bo ona mnie nie lubi” i wiele, wiele innych. Sama czasem miała ochotę powiedzieć „dość”, ale trzeba zacisnąć żeby i rozwiązywać te wszystkie niezwykle istotne w dziecięcym wieku problemy.

Po trzecie – kolonia. Kolonia ma tę specyfikę, że odbywa się w budynku. Dla dzieci to dobrze, nie powiem dla mnie też – zawsze jest ciepła woda, łóżko, kucharki przygotowujące posiłki – słowem nie trzeba martwić się o zaplecze techniczne.

I właśnie tu chyba zaczyna się sedno całego mojego tak zwanego „syndromu zuchmistrzyni”. Zuchmistrzynią jestem od 5 lat – długo. Byłam w tym roku zarówno na kolonii zuchowej jak i na obozie wędrownym. Chciałam podzielić się z Wami swoimi refleksjami po zestawieniu dwóch wyjazdów.

Kolonia jak kolonia – byłam tam jako kwatermistrzyni, więc wiele z dziećmi nie miałam wspólnego. Warunki komfortowe – jak już pisałam wyżej: łóżko, ciepła woda, kucharki.

Ale byłam też na obozie wędrownym. I dzień przed wyjazdem pomyślałam sobie: „I po co ja tam jadę? Przecież w tym czasie mogłabym sobie pojechać na jakieś niezłe wakacje, gdzie będą normalne warunki”. I właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że odzywa się we mnie ten osławiony „syndrom zuchmistrzyni”.

Czym on tak właściwie jest? Dla mnie to pewien rodzaj nabytego wygodnictwa, czego nie należy mylić z dbaniem o siebie i o swoją psychikę. Po prostu „zasiedziałej” zuchmistrzyni z biegiem czasu coraz trudniej pojechać na obóz, na którym trzeba dokonać pewnego harcerskiego wysiłku – zbudować pionierkę, ugotować obiad dla 30 osób, myć się w niekomfortowych warunkach, itp. A wracając do obozu, to jak to właściwie było. Obóz do łatwych nie należał – nie dość, że wędrowny, to jeszcze zagraniczny, a w dodatku z niełatwą służbą. Były dni, gdy naprawdę było ciężko dla mojego „syndromu zuchmistrzyni” – jeden prysznic na 30 osób, a przed chwilą wszyscy właśnie w wielkim pyle i błocie przenieśli 10 tysięcy cegieł…. Dni kiedy trzeba było jechać 15-osobowym busikiem, w 25 osób z plecakami w temperaturze 30 stopni też dawały się we znaki. Słowem – czasami łatwo nie było. Ale jak mawiały moje zuchenki „zuch jest dzielny, a druhna jeszcze dzielniejsza”.

ImageAle będąc na obozie, wewnętrznie czułam coś, czego bycie zuchmistrzynią nie daje. Mówię tu o specyficznym rodzaju satysfakcji. Ale nie takiej, że robimy coś dla innych (w zuchmistrzostwie jest tego mnóstwo), ale takiej którą można określić jako przełamywanie siebie, swoich słabości, trudności w dostosowywaniu się do sytuacji, tego że nie jest łatwo. Ponadto obozy wędrowne mają to do siebie, że dają mnóstwo energii – pozwalają odpocząć od wszystkich problemów, wyciszają, dają możliwość doświadczenia prawdziwego braterstwa – w trudach tego co dookoła. Gdy wróciłam z obozu, ochłonęłam po całych tych wakacjach myślałam sobie wiele o całym tym „syndromie zuchmistrzyni”.

Kilka dni temu właśnie skończyłam prowadzić Kurs Przybocznych Zuchowych i dziewczynom będącym na kursie powiedziałam mniej więcej to samo co zaraz przeczytasz.

Zuchmistrzyniom czasem łatwo zapomnieć, że są harcerkami. Nie mówię tu o podstawach, takich jak prawo harcerskie, czy to co przekazujemy zuchom, ale o pewnej specyfice bycia harcerką. Mianowicie o tym, że nie można nam zapominać o wszystkim czego zdążyłyśmy nauczyć się wcześniej – pionierka, techniki harcerskie, wędrówka. Zuchmistrzostwo nie sprzyja ich rozwijaniu, dlatego to w naszej gestii leży zadbanie o to. Dlatego też śmiało mogę powiedzieć, że każda dobra zuchmistrzyni, jeśli chce taką pozostać musi się wciąż rozwijać i zmagać ze sobą, a o to najłatwiej w drużynie wędrowniczek.

Oczywiście będąc zuchmistrzynią pole naszego wolnego czasu drastycznie się zawęża, ale przynależność do drużyny wędrowniczej jest pewnego rodzaju odskocznią od świata zuchowego i problemów dzieci z gromady. Wcale nie twierdzę, że trzeba być najlepszą wędrowniczką w drużynie – uczestniczyć każdej zbiórce, wziąć udział w każdym biwaku, akcji zarobkowej czy czymkolwiek innym – nie trzeba, a nawet chyba nie jest to do końca wskazane. My jako zuchmistrzynie mamy swoje zadania, swoje problemy, swoje cele do realizacji. Ale jednocześnie nie zapominajmy, że przede wszystkim jesteśmy też harcerkami – nosimy wszak ten sam mundur i mamy obowiązek ciągłego rozwijania się. A o to najłatwiej w drużynie wędrowniczej. Poza tym tam właśnie najprościej jest nabrać sił do pracy, do zmagania się z gromadką dzieci i ich dylematami. Sama prowadząc gromadę zuchową jednocześnie uczestniczyłam w pracy drużyny wędrowniczej. I choć nie bywałam na każdym spotkaniu i już na samym wstępie powiedziałam drużynowej, że nie będzie mogła na mnie liczyć w taki sam sposób jak na każdą inną wędrowniczkę, bo nie będę mogła brać na siebie kolejnych obowiązków, to samo spotkanie się z ludźmi w moim wieku i o podobnym stopniu wtajemniczenia harcerskiego dawało tyle samo radości co bycie zuchmistrzynią. Każdego roku gdy byłam na kolonii zuchowej musiałam choć na chwilę pojechać czy to na obóz harcerski, czy wędrowny, żeby odreagować, żeby poczuć klimat harcerstwa przez duże H.

Wiele razy spotkałam na swojej drodze świetne zuchmistrzynie. Jednak wiele razy też te świetne zuchmistrzynie nie znały musztry, nie potrafiły rozpalić ogniska czy posługiwać się mapą. Wiele razy spotkałam też zuchmistrzynie, które to wszystko potrafiły. Zawsze zastanawiałam się czemu tak się dzieje. Teraz po pewnych przemyśleniach już wiem.

ImageNie można chcieć być zuchmistrzynią z prawdziwego zdarzenia i skupiać się tylko i wyłącznie na zuchmistrzostwie. Trzeba chcieć być zuchmistrzynią, ale pamiętać o tym, że jest się wciąż harcerką. Mamy być przykładem dla zuchów, ale mamy być też przykładem dla innych harcerek. Kończąc życzę wszystkim zuchmistrzyniom, aby tak jak ja, miały szanse rozwijać się w drużynie wędrowniczej, jeździć na wspaniałe obozy i nabierać sił w wędrówce. A wszystkim drużynom wędrowniczym życzę, aby miały w swoich szeregach tak wspaniałe zuchmistrzynie-wędrowniczki, jakie ja miałam szansę spotkać.

pwd. Joanna Kacprzycka, Mazowiecka Chorągiew Harcerek ZHR
hufcowa WHHek "Koronny"

/zdjęcia pochodzą z multigalerii ZHR: www.mg2.zhr.pl/

 

 

 

 

 

 

 

 


Odsłon: 4309

  Komentarze (5)
RSS komentarzy
 1 czy aby na pewno?
Dodane przez kasia dulińska, w dniu - 10-02-2009 21:32
a więc tak. mam świeże (no, powiedzmy) doświadczenia z tym syndromem (dlaczego, to poniżej) i właściwie jeszcze ciepłe związane z drużyną wędrowniczą. 
 
po pierwsze: SYNDROM. 
w zamierzchłych czasach (mnie osobiście to dotknęło jakoś 2000-2002 :)), kiedy na Mazowszu hufce były jednopoziomowe, to ten syndrom miał formę wręcz epidemii. nie będę tu opowiadać o jakichś najbardziej hm...skrajnych przypadkach, ale generalnie - kiedy przyszłam do gromady jako przyboczna to źle było widziane, że jadę na obóz, że coś robię w drużynie. I po co mi znać historię harcerstwa, symbolikę oznak skautowskich - zuchmistrzyniom to niepotrzebne! walczyłam z tym bardzo (na szczęście nie tylko ja) i swoje wywalczyłam - to znaczy mam poczucie, że z tego marazmu wybrnęłam. 
nawet pamiętam taki moment, że drużynowe harcerek mówiły, że zuchmistrzynie nie są warte zachodu, a do zuchów wysyła się najgorsze osoby - największe pierdoły i ciepłe kluchy. i taki konflikt sobie trwał (przynajmniej w moim środowisku). 
czasy się zmieniły nieco i nawet teraz na kursach metodyki zuchowej nie trzeba dziewczyn za bardzo przekonywać o potrzebie bycia harcerką i w tymże kierunku doskonalenia się. 
ja mam poczucie, że sporo minęło czasu, nim do tego doszłyśmy. że zuchmistrzynie nie są pojmowane jako pierdoły. bo przecież to taka samospełniająca się przepowiednia - uważają mnie za pierdołę, to się nią staję. 
tak więc dobrze, uff. 
 
ALE. ponieważ w przyrodzie nigdy równowagi nie ma i sinusoida w obie strony mimo wysiłków się wychyla - teraz mamy odwrotną sytuację i moim zdaniem - równie przerażającą.  
zakrada się po cichu w serce każdej zuchmistrzyni, która ma okazję (bo nie wszystkie jakże elitarne przecież drużyny wędr chcą przyjmować w swe szeregi zuchmistrzynie...) w pracy drużyny takowej wziąć udział.  
mianowicie \\\"plan dezercji\\\". 
mówię o tym raptem dwa dni po tym jak doświadczyłam tego na własnej skórze, dwukrotnie dodam, jako hufcowa. 
\\\"Kasia, bo ja oddaję to co tam prowadzę, rozwiązuję itp. i wpadam w wir czego innego. bo to mnie naprawdę rozwija! bo tam mogę robić tyle dobrego! bo tam ktoś coś robi dla mnie!\\\" i inne ważne lub mniej ważne szczegóły. 
i zaczynam się zastanawiać - ileż drużyn wędrowniczych wessało w siebie inne drużynowe czy przyboczne do tego stopnia, że porzuciły swoje macierzyste pole służby. 
no mam ochotę udusić - serio. fajnie, że się integrujemy i że w drużynie wędrowniczej można (nie przeczę) wiele się nauczyć i wiele przeżyć. ale na miłość boską, Drużynowo Wędrowniczo - miej litość i panuj nad tym co Twoje podopieczne knują i planują! nie może być tak, że silna drużyna wędrownicza rozwala zapał do prowadzenia gromady - a takich przypadków znam całą masę i wciaż się zastanawiam - kto do tego doprowadza?! to taka refleksja - pewnie mogłabym ją rozwinąć, ale na razie dość. spodziewam się słów krytyki, że co to - drużynowa wędr. ma jeszcze pilnować co robią czy myślą zuchmistrzynie. no terefere. a więc odpowiadam zawczasu - nie, ale warto rozmawiać. warto motywować i wspierać w prowadzeniu gromady, a nie podsycać to \\\"e tam, zuchy. wędrole są o wiele lepsze! tu dopiero rozwiniesz horyzonty\\\". no wielkie dzięki. 
 
POZA TYM. uważam, że odkrycie u siebie syndromu zuchmasterki jest już ogromnym sukcesem, bo wiadomo z czym walczyć i jak duży jest smok do pokonania. natomiast może warto spróbować zawalczyć samej? zmierzyć się ze swoimi słabościami w sposób autorsko opracowany przez siebie. wiem co mówię - też mam za sobą taką walkę. a jeśli podejmuje się ją z drużyną czy to harcerek czy wędrowniczą - to wymaga to moim zdaniem ogromnej samokontroli, żeby nie przegiąć.  
 
i proszę nie zrozumcie tego - jako mojej opinii drużyny wędrowniczej pt \\\"zło konieczne\\\". ja tylko zwracam uwagę na inny problem, jaki występuje przy tym zbawiennym wpływie wędrówek, refleksji, wypraw, wyzwań. 
 
mam tylko taki pomysł - może sugestię. Drogie Zuchmistrzynie - przekażcie ją Waszym hufcowym i komendantkom kolonii! 
1. na kolonii też może być wędrowniczo - to NAPRAWDĘ jest realne (wiem co mówię, bo próbowałam), żeby na jeden dzień wysłać drużynowe na wędrówkę - przed siebie 
2. również na kolonii może warto nie tylko w planie pracy stawiać zuchom cele, ale stawiać je sobie - ułożenie i rozpalenie ogniska wiszącego dla gromady czy kilku gromad czy cokolwiek innego 
3. na miłość i litość boską - zdobywaj Druhno sprawności! to one dają napęd i zwracają Ci uwagę, co jeszcze możesz wiedzieć i czego się nauczyć! (na kolonii naprawdę MOŻNA zdobyć sprawność - to również wiem z doświadczenia!) 
4. jeździjcie do leśnych ośrodków! przecież się da! zabierajcie namioty - niech to będą Wasze świetlice ozdobione darami lasu! niech las poniesie Twoją wyobraźnię! żadnych zapyziałych szkół i ośrodków full wypas! 
5. na kolonii naprawdę można zrobić mądre i ciekawe harce! 
6. kiedyś hufce zuchowe wybierały się nawet nie na biwaki, ale na wędrówki - po prostu. może warto wziąć pod uwagę jednodniowy wypad do okolicznych zieleńców i lasów. przecież to integruje i płuca przeczyszcza :) 
7. a może warto zuchmistrzynie wysłać razem ze sobą czy kimś z komendy hufca na wizytacje obozu - niech się uczą! 
 
i jeszcze jedna rzecz. spotkałam się w zeszłym roku z różnymi opiniami na temat organizacji kolonii, których byłam komendantką. co jak co, ale dbałam o to, żeby było w miarę znośnie cenowo, żeby było leśnie i wodnie. leśnie także dlatego, że sama kocham las i jego zapach o poranku. owszem - ośrodki miały swoje wyposażenie w postaci ciepłej wody, prysznica czy ostatnio nawet pieca olejowego (ale chwała mu za to co najmniej razy kilka!!!). mówiłam i powiem raz jeszcze - nie zabiorę gromad byle gdzie, do obleśnych, odrapanych szkoł, bo akurat obóz blisko (a są środowiska, gdzie wprost się mówi, że kolonia nieważna jest, więc nieważne miejsce, w jakim będzie) czy bo akurat to super pomysł na zahartowanie dzieci. owszem zuchmistrzynie przy tym trochę no...no wiadomo. nabierają syndromu. więc niech je szanowna komendantka uczy z nim walczyć. ja uważam, że przy szaleństwie i czasem naprawdę arcywysiłku w dniu kolonijnym należy sie ciepły prysznic dziewczynom. 
 
i chyba tyle. ku refleksji.
 2 Często jest odwrotnie...
Dodane przez Maciek Albinowski, w dniu - 11-02-2009 10:55
... tzn. harcerze/ki ktorzy niespecjalnie radzą sobie w warunkach polowych nie zostają zastepowymi, tylko raczej zuchmistrzami. I wtedy nie ciągnie ich do niewydgodnych obozów, bo z natury sa troche bardziej ciepłolubni:) 
 
A z drugiej strony widziałem sporo zuchmistrzów/ zuchmistrzyn, ktorzy wyszli porządnie ukształtowani z druzyn harcerskich i wtedy chętnie jeździli po kolonii na obozy. 
 
Oczywiście z tą pierwszą grupą "ciepłolubnych" warto pracować i zachęcać do przygód także na kolonii , np. tak jak to opisała Kasia :)  
 
Jesli chodzi o odciaganie przez drużyny wędrownicze, to myślę, że musi zostać zachowana równowaga dzięki spotkaniom w ramach referatu zuchmistrzowskiego. Tam zuchmistrzyni tez powinna mieć szanse przeżyć coś fajnego, a jednoczesnie jej praca z zuchami jest w pełni doceniana, co daje jej dalszą motywację.
 3 Prawdziwe harcerstwo zaczyna się od...
Dodane przez Aleksandra Jaromin, w dniu - 13-02-2009 21:15
...kiedyś myślałam, że od bycia drużynową. bo wtedy mogę wziąć udział w poważnych wędrówkach, realizować poważne, odpowiedzialne zadania, bez asekuracji jaką odczuwałam jako harcerka - organizacja biwaku, obozu, akcji różnego typu. gdy zaczęłam prowadzić drużynę wędrowniczą doszłam do wniosku, że prawdziwe harcerstwo zaczyna się dopiero na tym poziomie. należę do zgranej ekipy, wspólnie planujemy nasze wyzwania i ruszamy ku przygodzie!!!! co tam gierki po lesie, wędrówka, wyczyn, nieplanowane wydarzenia, nieznane sytuacje - to jest miejsce, gdzie można się sprawdzić! 
Nie byłam nigdy zuchmistrzynią...ale po przeczytaniu artykułu zastanowiło mnie, czy drunie (i druniowie:)) zuchowe mają okazję w swojej działalności pomyśleć: tak, to jest prawdziwe harcerstwo (jakkolwiek by je rozumieć). 
Nie wiem, czy polecałabym dopełnianie swojej formacji harcerskiej w drużynach wędrowniczych. myślę, że to hufcowa powinna się tym zająć (poza wszelkimi formalnościami które wykonuje)lub właśnie referat (?), ale z braku działań na poziomie hufca chwytajmy się wędrowniczek - w końcu skoro i tak jadą, to można się dołączyć... 
Pomysł na pracę z zuchmistrzyniami to chyba odwieczny problem...dziwne, że nie do rozwiązania.
 4 brak rozwiązania, brak chęci czy...no, c
Dodane przez kasia dulińska, w dniu - 13-02-2009 23:35
w zasadzie dobrze, że ten problem wypłynął, bo uważam, że to jest kwestia warta dyskusji - tylko pytanie gdzie i w którym momencie i ile osób rzeczywiście ją podejmie. mi się wydaje, że to właśnie hufcowa powinna dbać o rozwój swoich drużynowych i chociaż oferować coś "więcej". ale wiadomo jak jest...często nie ma czasu. a jak czas jest - to drużynowe go nie mają, narzekają że dodatkowa impreza, wyjazd, itp. no trudna sprawa...ale chyba nikt specjalnie o niej nie mówi. problemy zuchmistrzyń z harcerskością po prostu nikną w tłumie wielu innych...ale co dalej? 
 
ja myślę, że Olu masz wiele, wiele racji. drużyna wędrownicza, to na pewno jest ogrom spełnienia i satysfakcji! widziałam na kursach metodycznych wiele zuchmistrzyń, którym brakowało tego czegoś właśnie - takiego wyharcerzenia się, bo po prostu za młodo zostały drużynowymi albo dopiero co przyszły do harcerstwa. ja niestety nie miałam okazji prowadzić drużyny wędrowniczek, skończyło się gdzieś tam w drużynie harcerek. ale i tak uważam, że wiele mi to dało i jednak to niezła profilaktyka przed syndromem :)
 5 a może?
Dodane przez Andrzej Wysocki, w dniu - 08-03-2009 12:28
...a może jednak brak chęci obustronnej. Drużyny separują się od zuchmistrzów naturalnie nieraz. To kwestia nieidentyfikowania się drużyn ze sobą, obcość dla harcerzy metody zuchowej itp. itd. 
 
Dawno temu w moim środowisku, kiedy formowały się zuchy, weszliśmy z pomysłem (bodaj niewiadomo skąd zasłyszanym) -że drużynowy zuchów i przyboczny jest automatycznie przybocznym drużyny harcerskiej. Miała być to funkcja honorowa na zasadzie unii personalnej, żeby nigdy kontakty zuchowo-harcerskie nie weszły na stopę jedynie instytucjonalną. Okazało się jednak, że w sumie mamy dużo do powiedzenia i zrobienia w drużynie, i to faktycznie drużynę ożywiało, dawało jej nowy napęd. Aktualnie więc ja z moim przybocznym zupełnie aktywnie jesteśmy w drużynie. Może to kwestia środowiska o silnych więziach międzyosobowych i braku tego sloganu "odchodzę z harc. idę do zuchów", nikt nam nigdy nie powiedział że można "opuścić drużynę", u nas w środowisku nawet zwyczajowo to niemożliwe. Po prostu też ważne jest dla nas mieć na oku co się w drużynie harcerskiej dzieje i wymieniać potrzeby oraz doświadczenia, bo przecież to my im wychowujemy chłopaków -dopiero patrząc na harcerzy którzy byli naszymi zuchami można zobaczyć co w ich zuchowaniu było niedopracowane. Zuchmistrz który wycofa się z drużyny nie ma tego doświadczenia. 
 
Zresztą Maćku, czy na Mazowszu wśród zuchmistrzów występuje powszechnie ten syndrom? Ja raczej w ramach Mulgi-Kapsad zawsze widziałem kult harcore'u, jeśli są ciepłolubni to jakieś jednostki mi nieznane. Zresztą takie akcje jakie robimy czasami na zlotach zuchowych wymagają totalnego panowania nad ciałem, psychiką i duchem. Dla kogoś bez dobrej drogi harcerskiej to ponad pojęcie.

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.
Proszę zaloguj się lub zarejestruj.

Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.2
Polska adaptacja - JoomlaPL.com Team